Katriona • 6 czerwca 2016

Sunmmer CampOstatnimi czasy horrory, a zwłaszcza slashery i ghost stories, to kalki kalek, gdzie wszystko okazuje się do bólu przewidywalne, widz zamiast się bać, śmieje głośniej niż na niejednej komedii, a same produkcje bardzo ciężko nazwać strasznymi. Czyżby era dobrych filmów grozy bezpowrotnie przeminęła?

Całe szczęście okazuje się, że nie. Pojawiło się małe światełko w tunelu, które przywróciło wiarę w ten gatunek. Wiarę, która po ostatnim zalewie pseudo-horrorów została bardzo zachwiana. Wystarczy wspomnieć takie nieudane produkcje, jak Las samobójców, kolejne Paranormal Activity czy Cybernatural. A mogło być tak pięknie, gdyby tylko twórcy przestali próbować zrobić z obrazu grozy coś ambitniejszego. Widz ma się bać, i tego się trzymajmy. Wystarczy trochę pomyśleć, zboczyć z utartej ścieżki i poświęcić więcej czasu postaciom, by wykreować coś ciekawego. Alberto Marini postanowił pobawić się wszystkimi tymi elementami, które w ostatnich latach przyprawiają każdego miłośnika horrorów o ból głowy. Jak to łamanie konwencji wyszło reżyserowi?

To miała być zwyczajna praca: czwórka kolonijnych opiekunów, banda dzieciaków i radośnie spędzony czas w hiszpańskiej posiadłości. W końcu w ciągu kilkunastu dni nie stanie się nic złego, prawda? A jednak już przed turnusem czwórka wychowawców będzie miała mały problem z pewnym wirusem, który zamieni ich w żądne krwi zombie 2.0. Nic tylko czekać na zagładę…

Zazwyczaj w horrorach, a zwłaszcza w slasherach, bohaterowie to nierozgarnięte osóbki, robiące wszystko to, czego normalny człowiek by nie zrobił: idą tam, gdzie czeka na nich niebezpieczeństwo, rozdzielają się i nie potrafią odkryć, kto chce obedrzeć ich ze skóry (dosłownie). Snują się bez celu albo próbują uciekać – młodzi, piękni i niezbyt rozgarnięci. A jak to wygląda w Summer Camp? Poznajemy czwórkę głównych bohaterów: tego przystojnego, niby, który chce sobie poderwać wszystkie panie, okularnika oddanego pasji, wesołą i przyjacielską pannę oraz tę drugą – laleczkę, która do lasu ubiera obcasy. I tak, jeżeli chodzi o sylwetki, dostajemy znane z innych filmów grozy, albo „grozy”, charaktery… Ale nie do końca. Bo reżyser postanawia dać niektórym z nich mózgi. . I nawet pozwolić im go używać.summer camp 1

Na najciekawszą postać filmu wyrasta okularnik Will, potrafi dodać dwa do dwóch, rozgryźć, co takiego dzieje się w obozie i jeszcze nie zginąć jako pierwszy ma całkiem niezły instynkt przetrwania. Przypomnijmy sobie wszystkie horrory, w których postać zaczyna myśleć, a nie tylko biegać wokół, zazwyczaj, tak w dziewięćdziesięciu procentach, ten myślący ginie. A w Summer Camp ta śmierć mędrca wcale nie jest taka oczywista. Choć… Ale o tym zaraz. Żeby nie było, nie tylko Will wysila w tej produkcji szare komórki. Prawie każda postać, może poza przystojnym mięsem armatnim, Antonio zaczyna, w mniejszy bądź większy sposób, używać swoich neuronów. I to, że protagoniści są zdolni myśleć to szok numer jeden.

Zaskoczenie numer dwa to kierunek, w jakim zmierza fabuła. Spodziewamy się czegoś na miarę REC, gdzie zombie wyskakują z każdej strony, a tymczasem otrzymujemy coś innego. Dość klisz, dość schematów, dość utartych ścieżek. Czas na powiew świeżości, i może nie jest tutaj strasznie i przerażająco, a krew także nie leje się hektolitrami, ale film trzyma w napięciu dosłownie do ostatniej sekundy. A na końcu jest jeszcze lepiej – widz chce więcej i więcej dostaje.summerp camp 2

Ale najlepsze nie są postacie ani fabuła, ale to, jak reżyser bawi się z odbiorcą. A robi to w iście diabelski sposób. Większość horrorów jest bardzo łatwa do rozgryzienia: wiemy, mniej więcej, kiedy ktoś zginie i jak to się stanie. Tak samo dzieje się w przypadku źródła wszelkiego zła, czyli jak złapać wirusa zombie, choćby przez ugryzienie. Alberto Marini nie omieszkał wykorzystać wszelkich tych schematów, by wprowadzić widza w małą konsternację. Mamy biegnącego przez las bohatera, na jego drodze pojawia się śmiertelna przeszkoda, w którą postać zaraz wbiegnie. O, właśnie teraz… A może i nie? Reżyser serwuje widzom oczywiste smaczki, które w ostatecznym rozrachunku wcale nie są takie oczywiste. I chwała mu za to, bo zaskoczeń w horrorach Nigdy za mało.

Summer Camp to dobry film, ale także ciekawy smaczek dla miłośników horroru. Zabawa znanymi z innych produkcji grozy elementami, przeinaczenia i zmiana prawideł strasznych obrazów to tylko niektóre atuty pozycji. I choć nie jest strasznie, widz nie może oderwać się od historii. Zwłaszcza że nie wie, jak cała ta opowieść się skończy.

Katriona

reżyseria: Alberto Marini
scenariusz: Alberto Marini, Danielle Schleif
gatunek: Horror
produkcja: Hiszpania, USA
premiera: 27 maja 2016 (Polska) 30 sierpnia 2015 (świat)


Recenzja najpierw ukazała się na stronie Gildii.