Próby ognia (James Dashner) – recenzja

Trzeba uczciwie przyznać, iż zakończenie pierwszego tomu trylogii Więzień labiryntu było prawdziwym zaskoczeniem, nawet dla mnie (jako, żed uważam się za wyjadacza gatunku powieści survivalowych). Okazało się, iż tytułowy labirynt to złożony i zakodowany system znaków, który został stworzony przez Thomasa i Teresę na zlecenie DRESZCZA. Dwudziestu osobom, z Minho na czele, udało się wydostać z tej pułapki, jednak nastolatków przechwyciła tajemnicza grupa, oferująca im schronienie i żywność (objaśniając również sporą część trudnych sytuacji, przez jakie musieli przebrnąć). Chłopcy nie są jedynymi ocalałymi, ponieważ równolegle do nich funkcjonowała na takich samych zasadach grupa dziewcząt, które również opuściły podobny labirynt. Teraz wszyscy muszą stawić czoła kolejnym wyzwaniom, mającym zaważyć na dalszych losach nastolatków, bowiem stawką jest ich własne życie. Jakim cudem po raz kolejny zmusili bohaterów do toczenia krwawych bojów? Odpowiedź jest prosta – wszyscy zostali zarażeni niosącą śmierć Pożogą, na którą lekarstwo znajduje się w miejscu zwanym przystanią, położonej daleko na północy, czternaście dni drogi przez palącą pustynię. Aby nie było zbyt prosto, to na jej terenie roi się od śmiercionośnych mechanicznych potworów, wszechobecnych, powodujących olbrzymi ból i poparzenia promieni słonecznych, a także ogromnych burz z piorunami. Za mało? Dołóżmy do tego wyklęte miasto, w którym mieszkają ludzie dotknięci chorobą, chcący…

Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda (P.K. Dick) – recenzja
Science-fiction / 6 listopada 2014

Dick nieustannie zadziwia i chyba już nigdy nie przestanie. Lektura Krótkiego szczęśliwego żywotu brązowego oksforda zaskoczyła mnie na wielu poziomach. Bardzo ciężko jest znaleźć zbiór opowiadań, które trzymają równy, wysoki poziom merytoryczny, a także zdumiewają pod względem pomysłowości i innowacyjności. Występujące w antologii motywy, znane w szeroko pojętej popkulturze nie dziwią, jednakże jeśli wziąć pod uwagę czas powstawania poszczególnych tekstów (wszystkie teksty pochodzą z lat1951-1952), są one wręcz rewolucyjne. To pierwsze kroki mistrza gatunku, flirt z szeroko pojętą fantastyką, widać pierwsze potknięcia oraz niewielkie sukcesy. Philip K. Dick często przekraczał granice zdrowego rozsądku, niemniej w przypadku Krótkiego szczęśliwego żywota… można mówić o balansowaniu na cienkiej linii między geniuszem a szaleństwem. Rebisowskie wydanie dzieł Dicka jest propozycją dla miłośników klasycznego science-fiction. Zawiera aż dwadzieścia pięć różnorodnych tytułów, z których część to zaledwie nakreślone pomysły o ogromnym potencjale. Warto podkreślić, iż teksty te zawierają tematy charakterystyczne dla pierwszych dzieł tego gatunku: fascynację podróżami międzygwiezdnymi i dalekosiężnymi planami kolonizacji kolejnych planet, rozwojem technologii i jej wpływie na kondycję duchową człowieka, a także, abstrakcyjne wręcz, idee podróży w czasie oraz związanej z nią powolną utratą zdrowego rozsądku. Jedno z opowiadań, Sonda przyszłości, niesie ostrzeżenie przed zbytnią ingerencją w przyszłość, bowiem nawet najmniejsza zmiana obecnej…

Legenda. Patriota (Marie Lu) – recenzja
Powieść młodzieżowa , Science-fiction / 20 października 2014

Nadciąga ostateczne starcie pomiędzy siłami Republiki i Kolonii. By otrzymać wsparcie dla swojego kraju, Day musi pogodzić się z tym, że jego brat po raz kolejny staje się obiektem badań, które tym tym razem służą opracowaniu lekarstwa na panującą epidemię. Bez serum Republika nie otrzyma bowiem pomocy od Antarktydy, tym samym będzie zmuszona w pojedynkę stawić czoła przeważającej sile Kolonii. W celu zwiększenia szans w potyczce Anden postanawia wcielić w życie ryzykowny plan. Czy bohaterom uda się ocalić swój kraj przed najeźdźcą? Czy Day i June będą w końcu razem? Czy lud Republiki zaufa swojemu Elektorowi? Nie będę ukrywała, że po ostatniej części trylogii oczekiwałam naprawdę wiele – ciekawego i godnego serii zakończenia, szybkiej i sprawnie poprowadzonej akcji oraz zadowalającego finału historii Daya i June. I muszę z żalem przyznać, że nie otrzymałam żadnego z wymienionych przeze mnie elementów. Prawda jest taka, że Patriota wypadł najsłabiej na tle całej trylogii – książka nie wywołała we mnie żadnych emocji, po prostu przewracałam kolejne stronice, byle tylko dotrzeć do zakończenia historii i dowiedzieć się, jak potoczą się losy protagonistów. Rozumiem, że powieści dystopijne skierowane do nastoletniego czytelnika rządzą się swoimi prawami, jednak w porównaniu z Igrzyskami śmierci czy Więźniem labiryntu trzecia odsłona…

Troje (Sarah Lotz) – recenzja
Science-fiction , Sensacyjne / 17 października 2014

Dwunastego stycznia 2012 roku ma miejsce dziwne wydarzenie, a mianowicie w różnych częściach świata rozbijają się cztery wielkie samoloty pasażerskie. Z każdego z nich wychodzi cało tylko jedna, nieletnia osoba: Bobby Small, Jessika Craddock, Hiro Yanogida i Pamela May Donald. Ta ostatnia dziewczynka jednak dość szybko traci swoje życie, pozostawiając po sobie nagraną wiadomość głosową, ostrzegając przed tajemniczymi postaciami z białymi oczami, poruszającymi się delikatnie nad powierzchnią ziemi. Pozostałym ocalałym nic nie jest, jednak nie potrafią w jakikolwiek sposób zrelacjonować ostatnich chwil sprzed katastrofy. Wokół dzieciaków zaczynają dziać się dziwne rzeczy (jak chociażby to, iż potrafią płakać krwawymi łzami), które z czasem zaczynają przybierać na sile. Na dodatek pojawia się teoria, że istnieje jeszcze jeden ocalały, znający odpowiedzi na wszelkie pytania, jakie narosły wokół owych wydarzeń. Rozpoczynają się więc gorączkowe poszukiwania tajemniczego uratowanego, doprowadzając w ten sposób do masowej histerii. Niezbyt zaskakująca historia? Kojarząca się z prawdziwymi wypadkami lotniczymi i domysłom na temat ich przyczyn (zwłaszcza dla Polaków po kwietniu 2010 roku) może wydawać się słabym materiałem na sensacyjną powieść, niemniej nic bardziej mylnego! Nie w fabule tkwi siła debiutanckiego dzieła Sarah Lotz, lecz w formie, w jakiej została ona przedstawiona. Największą zaletą książki jest zaprezentowanie całej historii w sposób…

Na skraju jutra. All You Need Is Kill (Hiroshi Sakurazaka) – recenzja
Science-fiction / 10 października 2014

Nie oszukujmy się, gdyby nie czerwcowa premiera filmu Douga Limana, to powieść Hiroshiego Sakurazaki nie pojawiłaby się na polskim rynku literackim. Na skraju jutra została opublikowana w 2004 roku i w przeciwieństwie do ekranizacji z Tomem Cruisem i Emily Blunt w rolach głównych, nie wywołuje w czytelniku dreszczyku emocji, ani też nie wnosi nic przełomowego do gatunku, jakim jest science fiction. Kiriya Keiji to młody człowiek, który zaraz po ukończeniu liceum zaciągnął się do armii, by w ten sposób zapomnieć o niedawnym rozczarowaniu miłosnym. Niestety, chłopak nie potrafi się bić, nie jest w ogóle stworzony do roli żołnierza. Dość szybko ginie na polu bitwy, by po chwili obudzić się dokładnie 24 godziny przed dniem swojej śmierci. Cykl ten zaczyna powtarzać się do momentu, aż Kiriya znajdzie się na granicy załamania psychicznego. W tym momencie życia poznaje Ritę Vrataski, nieustraszoną dziewczynę o rudych włosach, okrzykniętą mianem Full Metal Bitch, czyli Stalową Suką (nawiązanie do kubrickowskiego Full Metal Jacket), która jako jedyna wierzy w słowa Keiji’ego. Sam świat, w jakim obracają się bohaterowie, nie został należycie scharakteryzowany: owszem, w przeciwieństwie do kinowego dzieła, czytelnik poznaje szczegółową historię mimów, czyli kosmicznego napastnika, który od lat nęka mieszkańców Ziemi w przeróżnych jej zakątkach, niemniej…

Pan Lodowego Ogrodu 4 (Jarosław Grzędowicz) – recenzja
Fantasy , Książki , Science-fiction / 7 października 2014

Oto miasto zwane Lodowym Ogrodem wyciąga do was ramiona. Jeśli mieliście kiedyś dom, który utraciliście, znajdziecie go tutaj. Dobrej książki nie pisze się szybko, ani tym bardziej pod publikę. Aby stworzyć historię zapadającą w pamięć, trzeba poświęcić sporo czasu, by dopracować swój pomysł pod każdym względem: fabuły, narracji, stylistyki, kreacji bohaterów, dialogów, okrasić to odpowiednią ilością humoru. Wymaga to przede wszystkim porządnego researchu, zarówno pod względem wykreowanego świata wierzeń, jak i praw spajających  świat fantasy. Na Pana Lodowego Ogrodu 4 czekałam naprawdę długo. Pierwszy tom kupiłam kilka dni po premierze, w 2005 roku. Dzisiaj trzymam czwartą, finalną część powieści. Minęło siedem lat, zanim poznałam kres tej, jakże niezwykłej, sagi. Pan Lodowego Ogrodu jest spójną i jednolitą  historią, którą należy oceniać w całości, w żadnym razie nie można analizować go oddzielnie, bowiem tworzy on jedną zwartą opowieść o losach wojownika Drakkainena oraz dzieje Filara, syna Oszczepnika, następcy Tygrysiego Tronu. Czwarta odsłona rozpoczyna się w momencie zakończenia, a raczej urwania, trzeciego tomu, kiedy to Vuko i syn cesarza podjęli działania przeciwko Czyniącym i wpadli w kłopoty. Żołnierz wraz z grupą towarzyszy, Nocnymi Wędrowcami, walczy z wielkim Wężem i kultem Pramatki oraz odbija następcę Tygrysiego Tronu z rąk wroga. Jak można się domyśleć,…

Więzień Labiryntu (James Dashner) – recenzja

Thomas budzi się w ciemnej windzie. Nie ma zielonego pojęcia kim jest, jak się tam znalazł, ani, co gorsza, dokąd jedzie. Jedyna rzecz, jaką jest sobie w stanie przypomnieć, to własne imię. Po kilku minutach razi go jasne światło i zauważa, iż znajduje się w otoczeniu grupki rówieśników nazywających go pogardliwie sztamakiem. Dość szybko okazuje się, że chłopak trafił na teren potężnego Labiryntu, z którego nie ma możliwości ucieczki. Winda systematycznie dostarcza nowych Streferów (czyli nowych mieszkańców ogromnej, otwartej przestrzeni otoczonej żywym, ruchomym murem), żywność oraz wszelkie niezbędne do życia elementy, takie jak odzież, noże, czy środki opatrunkowe. Thomas i jego towarzysze nie wiedzą, jak się tam znaleźli, kto kontroluje ruchy Labiryntu i groźnych Bóldożerców (połączenia dzikiej bestii z mechanicznym robotem), ani też jak się z niego wydostać. Wiadomo jedynie, iż każdy, kto został ukąszony przez mechanicznego potwora, nagle zaczyna traktować bohatera jak największe zagrożenie i kolaboranta, chcąc go jak najszybciej pozbawić życia. Tytułowy Labirynt jest pewnego rodzaju czyśćcem – nie wiadomo za co trafili do niego chłopcy, muszą za to walczyć o przetrwanie, wkładając w to wiele wysiłku i poświęcenia. Nie można znaleźć wyjścia z tej wielkiej pułapki, niemniej nie zniechęca to do codziennych patroli niebezpiecznego miejsca. Grupa nastolatków…

W pierścieniu ognia (Suzanne Collins) – recenzja
Science-fiction / 17 września 2014

Książki o antyutopijnym państwie wydają się być czymś znanym co najmniej od czasów starożytnych, jednak szczególną popularnością cieszą się od XVIII wieku i, zaznaczmy to bardzo dokładnie, trwa ona nieustannie po dziś dzień. Motyw traktujący o społeczeństwie przyszłości, w którym to wolność jednostki została ograniczona poprzez podporządkowanie się systemowi władzy, zajmował umysły niejednego literata, jak chociażby Jonathana Swifta (Podróże Guliwera), Aldousa Huxleya (Nowy wspaniały świat), Williama Goldinga (Władca much), Kurta Vonneguta (Pianola) czy najpopularniejszego antyutopisty, Georga Orwella (Rok 1984). Collins wyróżnia się na tle swoich poprzedników pod tym względem, iż głównymi protagonistami jej książek są nastolatkowie z całkowicie innymi życiowymi celami, niż w przypadku standardowych postaci antyutopijnych powieści. Na próżno szukać tu wielkich haseł, bohaterskich czynów czy też szerzenia wolności i sprawiedliwości. W świecie rządzonym przez krwawy Kapitol marzy się o pełnym brzuchu, ciepłym ubraniu i spokojnie przeżytym dniu. W pierścieniu ognia wydaje się powielać schemat fabularny pierwszego tomu – i tym razem czytelnik ma do czynienia z ponownym rozegraniem igrzysk Ćwierćwiecza Poskromienia (z okazji 75-lecia rządów w Panem i minięcia 25 lat od poprzednich, jubileuszowych zawodów), problemem wyboru Katniss pomiędzy Peetą a Galem, jak i też sprawą rozwiązywania codziennych kłopotów z wyżywieniem. Pojawia się również kwestia niedopasowania zachowania i…

Igrzyska śmierci (Suzanne Collins) – recenzja
Science-fiction / 17 września 2014

Czym są igrzyska, wie każdy rezolutny sześciolatek. „Zawody – odpowie – w których udział biorą ludzie z różnych krajów. Ścigają się, rywalizują i najlepszy wygrywa. Na głowę wkładają wieniec lub medal na szyję i każdy mu zazdrości”. W przypadku powieści Collins wszystko wygląda zupełnie inaczej. Igrzyska są określane mianem Głodowych, walczy się nie o wygraną, lecz o ocalenie własnego życia, zaś rywalizacja polega na jak najszybszym zabiciu przeciwnika. Zacznę jednak od początku. Igrzyska śmierci (błędnie przetłumaczony tytuł, o czym wspomnę w dalszej części) są pierwszym tomem bestsellerowej trylogii autorstwa amerykańskiej pisarki Suzanne Collins. W literackim świecie zasłynęła z cyklu The Underworld Chronicles, natomiast w Polsce jest znana jedynie jako twórczyni science-fiction dla nastoletnich odbiorców. Popularność zdobyła dzięki ekranizacji pierwszej części trylogii z 2012 roku. Na dzień dzisiejszy zapowiedziane są kolejne filmy o dalszych losach Katniss Everdeen, dziewczyny, która igrała z ogniem. Akcja dzieje się w futurystycznym, postapokaliptycznym państwie Pan na terenach Ameryki Północnej. Po serii kataklizmów i klęsk, ocalała ludzkość stworzyła nowe państwo rządzone przez tak zwany Kapitol. Teren został podzielony na trzynaście Dystryktów, z których ostatni uległ zniszczeniu z powodu nieposłuszeństwa jego mieszkańców. Z tej okazji, by corocznie przypomnieć obywatelom o hierarchii obowiązującej w Panem, organizuje się tak zwane…

Atlas chmur (David Mitchell) – recenzja
Science-fiction / 28 sierpnia 2014

Podczas niedawnej rozmowy na temat literatury, jedna osoba zwróciła mi uwagę, iż większość książek z gatunku fantastyki nie reprezentuje sobą nic ponad czystą rozrywkę. Swego czasu pisarze poruszali ważne kwestie dotyczące egzystencji, granicy ludzkiej moralności, zadawali pytania o moment utracenia człowieczeństwa, jednak teraz na próżno szukać tego w książkowych nowościach. Sięgnęłam pamięcią do ostatnio przeczytanych pozycji i musiałam ze smutkiem przyznać rację memu rozmówcy – dawno nie miałam do czynienia z wciągającą i głęboką powieścią, którą można interpretować w różny sposób, niosącą ze sobą określony bagaż tematyczny oraz wyróżniającą się swoją strukturą spośród tak wielu różnorodnych pozycji na rynku literackim. Pod koniec listopada poszłam do kina na nieznany mi Atlas chmur – szczerze mówiąc, nie mając zielonego pojęcia o czym ma być film trwający blisko trzy godziny. Po zakończeniu seansu wyszłam z sali całkowicie oczarowana – przepych kolorów, bogactwo wykreowanych światów, umiejętne połączenie za pomocą zaledwie kilku motywów sześciu tak różnorodnych historii sprawiło, że musiałam sięgnąć po literacki oryginał. Dzieło Davida Mitchella, o tym samym tytule, to zaproszenie do całkowicie innej przygody niż ta, jaką oferuje wielki ekran. I choć Atlas chmur uchodzi za adaptację (czyli, w przeciwieństwie do ekranizacji, pozostaje niezwykle wierna oryginałowi), nie sposób porównać tych dwóch arcydzieł. Książka jest o wiele…